#05 Moja historia o tym, jak jeden wielki cel uratował mi życie….
Dzisiaj chciałabym się podzielić z Tobą moją bardzo osobistą historią. Chcę Ci pokazać, że wszystko czego uczę o osiąganiu celów przeszłam sama i o ile więcej można osiągnąć mając w sercu prawdziwe pragnienia.


Poznaj moją historię….
Dwa odcinki temu mówiłam o poziomach mentalnych związanych z prawdopodobieństwem osiągnięcia celów. Pokazałam Ci wtedy, że ostatni, najwyższy poziom, czyli posiadanie determinacji, daje największe szanse na osiągnięcie każdego celu. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Tobą tym, co dla mnie osobiście oznacza bycie zdeterminowaną i w jaki sposób to podejście wpłynęło na to, co udało mi się osiągnąć, i miejsce, w którym jestem dzisiaj.
Nazywam się Marzena Marczyńska i zapraszam Cię serdecznie do mojego świata osiągania celów biznesowych, sprzedażowych, finansowych i osobistych.
Co dla mnie oznacza bycie zdeterminowaną? Czyli moja historia o tym, jak jeden wielki cel pomógł mi nie poddać się w najgorszych chwilach życia i doprowadził mnie do pracy, którą uwielbiam.
Dzisiejszy odcinek będzie nieco dłuższy, ale uznałam, że nie chciałabym rezygnować z opowiedzenia tej historii od początku do końca i z większymi szczegółami, które są istotne. Pozwolę więc sobie opowiedzieć wszystko, co uznam za ważne i przełomowe. Będę szczęśliwa, jeśli zainspiruję chociaż jedną osobę i wpłynę w jakiś sposób na zmianę jej życia biznesowego i/lub osobistego na lepsze.
Dawno, dawno temu….
Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, jak jeszcze byłam nastolatką i po raz pierwszy pojawiło się pragnienie posiadania domu nad jeziorem. Kiełkowało ono w moim sercu przez długie lata i w pewnym momencie zamieniło się w cel, który postanowiłam zrealizować.
Na to moje wymarzone miejsce trafiłam w wieku około 25 lat. To była miłość od pierwszego wejrzenia… Moje miejsce na ziemi. Piękne lasy, jeziora, niesamowite punkty widokowe, stadniny konne, niedaleko stok narciarski.
W dniu, w którym to wszystko zobaczyłam, postanowiłam sobie, że zrobię absolutnie wszystko, żeby w tym miejscu zamieszkać. I kilka lat później, gdy skończyłam studia i miałam stabilną pracę, stabilne warunki finansowe, uznałam, że nadszedł czas na to, żeby znaleźć tam swój kawałek ziemi. Niestety, ponieważ nie jest to centrum miasta, a wieś, to ciężko było znaleźć jakiekolwiek ogłoszenia w internecie. Pojechałam więc na miejsce i szukałam ogłoszeń i szyldów. Znalazłam tylko jeden szyld i jedno ogłoszenie na drzwiach miejscowego sklepu. Spotkałam się z właścicielem jednej z tych działek (jego była zbyt mała dla mnie) i poradził mi, że najlepszą metodą, żeby znaleźć w tym miejscu jakąś działkę na sprzedaż, jest pytanie gospodarzy. Wskazał mi pierwsze miejsce, do którego mogłabym się udać. Podziękowałam serdecznie i poszłam. Pierwsza moja reakcja była taka – niewykonalne. „Mam chodzić po cudzych domach, pytać kogoś o wolne działki?”. Byłam trochę przerażona. Ale moje serce wtedy zabiło szybciej i myślałam tylko o tym, jak bardzo pragnę zrealizować swój cel.
Zebrałam sobie myśli w głowie i wystartowałam. Przeszłam całą wieś od drzwi do drzwi, pytając każdego o dostępną działkę, i oczywiście takie działki się znalazły. Przy okazji poznałam całą wieś. Miałam też okazję wypić herbatę z sołtysami. Poznałam fantastycznych ludzi i dało mi to odwagę do dalszego chodzenia. Znalazłam pierwszą działkę, przepiękną, z widokiem na jezioro i zachód słońca. Spotkałam się z właścicielami, podjęłam decyzję o zakupie i chciałam od razu złożyć wnioski kredytowe. Wzięłam wszystkie potrzebne papiery i dokumenty i w momencie, kiedy byłam gdzieś tam w środku załatwiania tych spraw formalnych, dostałam telefon od właściciela działki, że jest mu niezmiernie przykro, ale właśnie miał u siebie ludzi, którzy zaoferowali mu 20 tysięcy złotych więcej za tę działkę. I czy ja jestem w stanie tę ofertę przebić? Oczywiście mój szok był ogromny, bo przecież byłam z nim umówiona. Co prawda nie było żadnej umowy przedwstępnej i to był mój błąd, ale byłam wtedy jeszcze zbyt niedoświadczona, żeby wiedzieć takie rzeczy.
Miałam swój określony budżet i niestety te 20 tysięcy to było za dużo. Oczywiście byłam załamana, ale nie dało się już nic z tym zrobić. Zaczęłam szukać kolejnej działki. Znalazła się i, jak możecie się domyśleć, historia się powtórzyła. Znowu ktoś mnie po prostu przelicytował i obiecał płatność gotówkową. Niemniej jednak nie poddawałam się. Szukałam działki dalej. Oczywiście nie było to na przestrzeni krótkiego czasu. Ogólnie całe poszukiwania działki zajęły mi 4 lata. Niemniej jednak po dwóch działkach znalazłam trzecią. Była najpiękniejsza ze wszystkich i najdroższa, ale stwierdziłam, że może jednak, skoro mnie za każdym razem ktoś przelicytował, podniesienie budżetu i zarobienie tych dodatkowych pieniędzy będzie lepszą opcją. Pojechałam do właścicieli……i po tym spotkaniu przeklinałam swoje umiejętności sprzedażowe, ponieważ po tym, co opowiedziałam na temat tego, dlaczego chcę tę działkę, sprzedałam im ich własną działkę. Powiedzieli na koniec, że przypomniałam im, dlaczego chcieli się tam wybudować, i że niestety dla mnie, ale jednak wrócą do swoich planów. Działki nie sprzedadzą.
Trzeci rok poszukiwań i nadal nic.
„Nie poddam się” – powiedziałam sobie. Miałam w sobie tak silną determinację, że wiedziałam, że dopnę swego. Zastanawiałam się, ile osób na moim miejscu już by odpuściło, bo z każdej strony słyszałam, żeby poszukać działki gdzie indziej, że przecież jest wiele ładnych miejsc. Ale ja wiedziałam, że to musi być to miejsce, i koniec.
Mniej więcej po pół roku, roku od tej sytuacji ostatniej udało mi się znaleźć kolejną działkę. Była w równie przepięknym miejscu, otoczona lasem. I tym razem, już idąc za rozsądkiem, w momencie, kiedy podjęłam decyzję o jej zakupie, podpisałam z właścicielem umowę przedwstępną, żeby nie było takiej sytuacji, że znowu mnie ktoś przelicytuje i nie będę mogła nic z tym zrobić. Jak się okazało przy podpisywaniu umowy przedwstępnej, do działki przynależało jeszcze prywatne jezioro. Tak naprawdę zostałam wynagrodzona za lata ciężkich poszukiwań i niepoddawania się i znalazłam działkę, która była w najbardziej korzystnej cenie i oferowała najwięcej. Możesz sobie wyobrazić, jak byłam turbo szczęśliwa, że nie udało się kupić tych wcześniejszych działek. Lepszej i fajniejszej niż ta nie mogłabym sobie wymarzyć.
W momencie, kiedy już wszystko było podpisane, zaczęłam się starać o kredyt….W dniu w którym przyszła pozytywna decyzja byłam najszczęśliwszą osobą pod słońcem.
I tutaj ta historia mogłaby się zakończyć…..
Ale żeby nie było tak, że jest zbyt pięknie, to kilka miesięcy po zakupie zaczęły się pojawiać problemy zdrowotne. I nie wchodząc w szczegóły, bo nie mamy na to tyle czasu…
Mam do Ciebie takie pytanie: co byś zrobił/zrobiła, gdybyś z dnia na dzień nie mógł/nie mogła korzystać ze światła i słońca?
Szczerze, gdyby ktoś mnie o to zapytał, to bym powiedziała, że to jakiś absurd. Takie rzeczy nie istnieją. I jak funkcjonować bez światła i bez słońca? Przecież się nie da.
No i ja niestety przed taką sytuacją stanęłam 8 lat temu. Pojawiła się nietypowa choroba neurologiczna, która uniemożliwiała mi kontakt ze światłem, i początki tej choroby wyglądały tak, że jedyne, co mogłam zrobić, to sprawdzić godzinę na telefonie. Każda dłuższa ekspozycja wiązała się z tym, że po prostu traciłam czucie w ciele, dostawałam objawów udarowych i lądowałam w szpitalu. W końcu udało się dojść do tego, że właśnie bodźce świetlne wywołują u mnie taką reakcję.
Moje normalne życie skończyło się z dnia na dzień.
Straciłam pracę i zdolność do samodzielnego mieszkania i życia. Rozstałam się z narzeczonym, który wyjechał za granicę, i byłam zmuszona wrócić do domu rodzinnego. Nie mogłam pójść do sklepu, bo światła, nie mogłam wyjść z psem, bo słońce albo latarnie… Zaczęło to dla mnie oznaczać życie w ciemności i tak naprawdę paliła się w domu przez wiele lat tylko jedna mała lampka gdzieś tam w rogu, żeby nikt w domu się nie zabił. Natomiast wszystkie czynności typu robienie jedzenia, mycie się odbywały się po ciemku i musiałam trochę żyć jak osoba niewidoma.
Mieszkanie z oknami na wschód i zachód, więc musiałam uciekać przed tym słońcem po całym domu. Oczywiście rolety, zasłony, wszystko co się dało. Czasami wymagało to po prostu spędzania czasu jeszcze dodatkowo w czapce, okularach, z zasłoniętymi oczami, odwróconą od okien. Wszystko, co tylko było możliwe. Jedyne, co mi nie szkodziło, to takie naturalne światło w pochmurny dzień. W momencie, kiedy na ulicy paliły się latarnie, to miało to ten sam efekt. Także jedyne moje spacery przez bardzo, bardzo długi czas to był moment między tym, jak zaszło słońce, a zanim zapaliły się latarnie, czyli około 20–30 minut spaceru. Oczywiście nie każdego dnia były siły, bo to nie były jedyne skutki tej choroby. Powodowała też zaciski mięśni, które były tak silne, że dawały takie odczucie, jakby miały mi połamać kości. Ból nie do zniesienia.
No i tutaj pojawiło się przerażenie. Mam kredyt na głowie i przecież muszę jakoś tę działkę spłacić…..
Pragnienie, które nigdy nie wygasło….
Pomimo całej sytuacji dalej miałam w sercu swoje wielkie pragnienie tego, żeby się wybudować, żeby mieszkać w ukochanym miejscu. Wręcz ta determinacja wzrosła jeszcze bardziej. Był też cel dodatkowy, który miałam, czyli spłata tego kredytu na działkę w maksymalnie 5 lat – tak sobie wyliczyłam, biorąc pod uwagę odsetki, że jeszcze będzie to w miarę opłacalne finansowo dla mnie. Taki akceptowalny próg wysokości spłaty tej działki. Natomiast jak to zrobić w momencie, kiedy nie można normalnie funkcjonować?
Pamiętam, że mniej więcej po roku troszeczkę ta tolerancja na światło (ale tylko to sztuczne) zaczęła się zwiększać. Oczywiście badania, szukanie przyczyny, jakieś tam różne eksperymenty i leki, żeby się to wszystko poprawiło. Przez ten czas jedyne, co mogłam robić, to słuchać, więc słuchałam wszystkich możliwych e-booków o biznesie, żeby ten czas wykorzystać maksymalnie. I pamiętam, jak pojawiła się okazja pracy i w pierwszym odruchu odmówiłam, no bo przecież nie mogę wyjść, nie mogę dojeżdżać do tej pracy, nie mogę pracować każdego dnia. Czasami się budzę i wiem już, że nie będę w stanie danego dnia zrobić kompletnie nic. Ale po kilku dniach jak echo wracało do mnie to marzenie i ten cel budowy.
Pytanie, które odwróciło bieg tej historii…
Usiadłam więc z kartką papieru i zadałam sobie bardzo ważne pytanie, które z całego serca polecam sobie zadać w takich sytuacjach, kiedy są problemy, kiedy nie wiesz, jak sobie poradzić, bo to pytanie odwraca bardzo mocno myślenie.
Tym pytaniem było: OK, to co mogę w obecnej sytuacji zrobić?
I zaczęłam sobie wypisywać, że co prawda nie mogę korzystać z komputera (dodam tylko, że to była praca w sprzedaży), mogę natomiast z listy numerów telefonów wybierać numer po numerze i dzwonić, rozmawiać z klientami. Firma była w takiej sytuacji, gdzie mieli nadmiar tych klientów i po prostu brakowało jeszcze rąk do pracy, więc każdy dodatkowy telefon był szansą dla firmy na zarobek.
Więc tak naprawdę nie chodziło o pracę przez 8 godzin, tylko o to, żeby te telefony obsługiwać. Nie mogłam jeździć do firmy, ale mogłam pracować w pełni zdalnie. To był taki moment, co prawda przedcovidowy, więc nie było to popularne, ale kilka miesięcy po dołączeniu akurat ten covid się rozpoczął, więc i tak wszyscy na tę pracę zdalną przechodzili. Cóż jeszcze mogłam? Mogłam sobie robić notatki na papierze i potem je komuś przekazywać do wpisania do CRM-u. I uzbierałam sobie takie elementy: co mogę zrobić i co mogę zaproponować. Zadzwoniłam do mojego kolegi, porozmawialiśmy sobie i przedstawiliśmy tę moją ofertę właścicielom firmy. I wyobraźcie sobie, oni się zgodzili.
Raportowałam ilość godzin, ilość wykonanych telefonów, uzupełniałam notatki. Przygotowałam sobie szablon oferty do wysłania, żeby zajmowało to jak najmniej minut. Musiałam skupić się w pełni na tym, jak pracować, żeby ta skuteczność była jak najwyższa. I to przyniosło naprawdę ogromne, ogromne korzyści. Pracowałam nad coraz lepszą narracją i organizacją pracy, dzięki czemu byłam w stanie sprzedawać znacznie więcej w krótszym czasie. Dzięki temu w momencie, kiedy rozstawałam się z tą firmą, miałam uzbierane pieniądze na spłatę działki i na utrzymanie się bez pracy przez kolejne półtora roku.
I to był taki moment, w którym zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Działka spłacona, teraz czas na budowę domu. Nie dostanę kredytu, bo moja sytuacja jest zbyt niestabilna, zdrowie może się posypać mocniej w każdej chwili. Podjęłam decyzję, że odłożę wszystko w gotówce. Wyznaczyłam cel finansowy i przybliżoną datę realizacji. Wiedziałam, że praca etatowa nie zapewni mi tego, czego potrzebuję.
Powrót do marzeń.…
Zastanawiałam się jak to sobie poukładać? I wróciła mi myśl o założeniu swojej firmy konsultingowej, o tym, żeby pracować ze swoją wiedzą i zacząć się nią dzielić. Miałam już ten pomysł w sercu dużo wcześniej i wybraną obecną nazwę Yellow Tie, aczkolwiek w momencie, kiedy zaczęły się moje pierwsze rozmowy dotyczące współpracy w tym zakresie, to przyszła choroba i musiałam z tego planu zrezygnować.
Ponieważ łącznie po prawie 4 latach mój stan się sukcesywnie poprawiał, uznałam, że to idealny moment. Oczywiście nadal nie mogłam wychodzić na słońce, mieć kontaktu z ostrym światłem, ale przy przyciemnionym maksymalnie monitorze mogłam już spokojnie 3–4 godziny dziennie pracować. I tak rozpoczęłam pierwsze konsultacje z klientkami z jednoosobowymi działalnościami gospodarczymi. W wyniku tego powstał mój autorski mastermind szkoleniowy, w którym uczę całego procesu sprzedaży od początku do końca, krok po kroku. Proces trwa 7 miesięcy. Zaczynałam od konsultacji jeden na jeden z właścicielami firm. Obecnie, od września, ma on formę grupową.
Poszłam również na certyfikację trenera biznesu i to też była dla mnie wielka przeprawa, ponieważ wiązało się z bardzo dużym bólem fizycznym i psychicznym związanym z uczęszczaniem na te zajęcia. Mój organizm bardzo ciężko to znosił, natomiast właśnie ta determinacja budowania swojej firmy, żeby zarobić na dom, była na tyle silna, że było to dla mnie po prostu ważniejsze. Zrobiłam później od razu też coaching, żeby zdobyć jak najwięcej narzędzi, które będą wspierały moich klientów. Dzięki wspaniałym osobom, które robiły te certyfikaty ze mną, było mi łatwiej. W przypadku trenera biznesu, który odbywał się stacjonarnie, zgadzali się na zajęcia bez światła, żebym mogła tam siedzieć. Bezcenne.
Mikro kroki lepsze niż brak działania!
Podjęłam wówczas też taką dłuższą, większą współpracę z jedną firmą.
I ta współpraca zapewniła mi stabilizację finansową, więc mogłam powolutku, takimi mikrokroczkami, zacząć budować ofertę, treści na swoją stronę internetową, stworzyć narrację i wszystko to, czego potrzebowałam. I tak krok po kroczku to wszystko powstawało. Jak zrobiłam trenera biznesu, od razu poszukałam sobie klienta do przeprowadzenia swojego szkolenia handlowego i pozyskania rekomendacji. Miałam już kilkadziesiąt w obszarze pracy 1:1. I tak poznałam swoją wspólniczkę, z którą cały czas działamy. Wspólnie obsługujemy naszych klientów w temacie strategii, szkoleń, jak np. nauka cold callingu, i wszystkiego, co jest związane z rozwojem biznesu. Plus współpraca z ekspertami, których miałam okazję przez te lata mojej choroby poznać, nawiązać z nimi różnego rodzaju współprace i później zaprosić ich do tego, żeby stali się ekspertami w Yellow Tie. Zawsze chciałam, żeby Yellow Tie było miejscem, w którym klient może uzyskać wszystkie najważniejsze elementy układanki do budowy biznesu.
Ogłoszenie roku 2026 rokiem budowania marki osobistej.
I tak dochodzimy w tej historii do roku obecnego. Stał się on rokiem właśnie tworzenia mojej marki osobistej. Zaczęłam w styczniu od LinkedIna, teraz tyci kroczkami uczę się Instagrama i zaczęłam tworzyć podcast – ten, którego właśnie słuchasz. I ważna rzecz: generalnie ja nie cierpię swojego głosu, więc to było dla mnie bardzo duże wyzwanie. Ale znowuż ta determinacja, te cele, które chcę osiągnąć, sprawiają, że przestałam się takimi pierdołami przejmować. W międzyczasie pozbyłam się perfekcjonizmu, syndromu oszusta….. wszystkich blokerów, które mnie powstrzymywały przed realizacją marzeń. I w momencie, kiedy mam w sobie tę siłę, determinację, ona nie pozwoli mi się poddać. Nieważne, jak długo zajmie osiąganie pewnych celów i ile po drodze czeka kłód pod nogi. Ja w żadnym momencie tak naprawdę przez te ostatnie już 8 lat od startu choroby nie musiałam się motywować. Nie musiałam się do niczego zmuszać.
Ja po prostu tak bardzo tego pragnęłam, że nic nie było w stanie zatrzymać mnie na mojej drodze. Oczywiście dbałam o swoje zdrowie, zachowywałam ten balans, którego potrzebowałam. Organizm dawał mi sygnały w momencie, kiedy było za dużo, więc musiałam robić przerwy. Pomimo choroby to w zasadzie jedyny cel, który mi się odsunął w czasie, to właśnie budowa domu, i to tylko dlatego, że postawiłam na bezpieczeństwo i zmieniłam kredyt na gotówkę. Jeżeli chodzi o tę działkę, to finał był taki, że ją spłaciłam szybciej, bo w trzy lata, nie w pięć. Więc będąc w sytuacji tak z punktu widzenia z zewnątrz katastrofalnej, udało mi się szybciej ten cel osiągnąć, niż zakładałam jako osoba zdrowa. To, jak się zmieniła moja kariera i moje życie, zawdzięczam – tak, zawdzięczam – właśnie tej mojej chorobie. I myślę, że to był taki element, który pozwolił mi się rozwinąć o wiele szybciej i zmotywował mnie wręcz do tego, żeby osiągnąć jeszcze więcej. Nowym celem stało się to, żeby, pracując coraz mniej, zacząć zarabiać coraz więcej. I krok po kroku ten cel realizuję. Osiągnęłam pierwszy olbrzymi krok milowy w tym zakresie, tworząc grupowy mastermind. I cóż…idę dalej.
Jedno wielkie marzenie, jeden cel stał się motorem mojego wzrostu, sprawił, że obecnie prowadzę wymarzoną firmę, nagrywam podcast i idę po kolejne cele biznesowe i osobiste.
To jedno marzenie, co do którego byłam tak mocno zdeterminowana, pozwoliło mi przetrwać lata bólu fizycznego, psychicznego, szpitali, badań, niepewności i przerażenia tym, jak będzie wyglądać moje życie. Od roku mam diagnozę i w końcu właściwe leczenie. Będąc w procesie zdrowienia, nie jest łatwiej, ale jestem zdeterminowana, żeby dojść do pełni zdrowia. Na ten moment jestem w stanie w pochmurne dni pojechać na spotkanie z klientem na żywo, a nie tylko online. Raz na jakiś czas pójść na spotkanie networkingowe, a 16.11 będę nawet prelegentką na wydarzeniu Crash Mondays – serdecznie zapraszam, jak ktoś jest z Trójmiasta. Będę mówić o storytellingu w sprzedaży.
I dlatego właśnie tak mocno zachęcałam do tego, żeby wyznaczać tylko te cele, co do których jesteś zdeterminowana/zdeterminowany, żeby je osiągnąć, bo dają takie właśnie efekty. I mimo że ta historia i tak jest bardzo na skróty opowiedziana, to starałam się dać najważniejsze punkty, najbardziej newralgiczne, które najwięcej dobra wniosły do mojego życia biznesowego.
Przypomnę to jedno najważniejsze pytanie, które zmieniło bieg mojej historii i które może być również ratunkiem dla Ciebie w trudnych momentach: „Co mogę zrobić w swojej sytuacji z tym, co mam?”. Jeśli przychodzi do głowy, że nic, to nie poddawaj się. Warto to pytanie powtarzać i szukać rozwiązań, nawet jeśli będziesz wykonywać mikrokroczki. Lepiej tak niż wcale.
Mam nadzieję, że moja historia zainspiruje i być może pomoże komuś, kto przechodzi kryzys mniejszy lub większy. Biznesowy, sprzedażowy, finansowy lub jakikolwiek osobisty.
Życzę Ci wszystkiego, co najwspanialsze. I takich właśnie celów, które będą ciągnąć w górę i nie pozwolą Ci się poddać.
Do usłyszenia w kolejny wtorek.
Może Cię również zainteresować
POROZMAWIAJMY
Skontaktuj się z nami
Jesteśmy tutaj, aby Ci pomóc!
Masz pytania?
Chcesz uzyskać więcej informacji o naszych usługach?
Jesteśmy do Twojej dyspozycji! Nasz zespół ekspertów jest gotowy, aby odpowiedzieć na wszystkie Twoje pytania i zapewnić Ci indywidualne wsparcie.
Zadzwoń do nas już teraz!
